Bardzo piękne kobiety

Kamil Fajfer trochę o "ceneniu pracy"

2020.02.26 13:37 FunkcjonariuszKulson Kamil Fajfer trochę o "ceneniu pracy"

Trochę tl;dr, ale i tak Wam się nudzi w robocie, więc możecie poczytać. Pewnie znacie, ale nie mogłem na szybko zareagować, bo się leniłem. Małgorzata Kidawa-Błońska podczas spotkania w Piasecznie powiedziała kilka rzeczy którym warto się przyjrzeć. No więc:
  1. "Ludzie, którzy pracują czują się w jakiś sposób upokorzeni, że ktoś jest wspierany, a nie pracuje."
Rzeczywiście, 500+ przyczynił się do dezaktywizacji 100-200 tysięcy kobiet. Przy czym to nie jest tak, że program dezaktywizował kobiety równo. Nie, dezaktywizował dość szczególną grupę kobiet: te gorzej wykształcone, z mniejszych miejscowości, zarabiające najmniej. Te dla których dzieci nie były dostępne usługi opiekuńcze (i nie było ich stać na zapewnienie takich usługi na rynku z uwagi na niskie pensje lub po prostu ze względu na brak dostępności takich usług). Te kobiety, które były odcięte od dobrego transportu publicznego, co powodowało, że dojazd do pracy był utrudniony i drogi. To wszystko powodowało, że praca przy niskich stawkach i często w atmosferze hardego mobbingu była nieopłacalna. To nie samo 500+ dezaktywizowało. Program dezaktywizował W POŁĄCZENIU z kiepskimi usługami publicznymi, kiepskimi płacami i chujową atmosferą w pracy.
Choć rozumiem emocję wkurzenia ludzi pracujących, to warto też, żeby te osoby zdawały sobie sprawę z powyższych niuansów.
Ale ludzie pracujący czują się upokorzeni z wielu innych powodów, o których Kidawa Błońska nie powiedziała. Czują się upokorzeni, ponieważ mimo swojej pracy zarabiają tak mało, że ciężko jest im zaspokoić potrzeby, które wielkomiejska klasa średnia uważa za podstawowe. Czują się upokorzeni, bo muszą pracować na swoje mieszkanie przez 30 lat rezygnując z wielu dóbr i rozrywek, które przynależą ich znajomym na tzw zachodzie pracującym na minimalnej.
Nie chcę być źle zrozumiany. Nie twierdzę, że jest coraz gorzej, co to to nie. Jest coraz lepiej i widać to w bardzo wielu wskaźnikach. Ale ludzie rzadko robią porównania dekada do dekady. Raczej obserwują społeczeństwo dzięki dostępnym sobie środkom i zastanawiają się jak to jest możliwe, że oni ciężko pracując mogą jedynie pomarzyć o dobrach, które dla części są osiągalne w sposób dla większości niezrozumiały. Jak to w ogóle możliwe, że 16-latek kręci film, gdzie jego ziomo z innym ziomem mają na sobie ciuszki za 25-30 koła? No wiadomo, że tata kupił. Ale dlaczego ten tata ma tyle hajsu, żeby dzieciak miał na sobie w jednym uotficie równowartość całego wyposażenia mojego domu? A do tego ja muszę czekać w kolejce do endokrynologa przez pół roku. To jest upokorzenie będące pochodną rozwarstwienia ekonomicznego, za którym idzie nieprzejrzystość kanałów awansu i wrażenie nieprzystawalności nagród do wkładu. A to waśnie na fundamencie jakiejś adekwatności dochodów do starań jest ufundowany ład kapitalistyczno-demokratyczny.
  1. "W każdym społeczeństwie są osoby, którym musimy pomagać, bo sobie same nie dadzą rady. I jako solidarne społeczeństwo musimy takim osobom pomagać. Ale pomagać w taki sposób, żeby te osoby miały szanse normalnie się rozwijać."
To jest piękne streszczenie neoliberalnego podejścia do pomocy: no może i trzeba pomagać, ale my już tutaj odsiejemy ziarna od plew dzięki niezawodnemu moralnemu osądowi beneficjentów ewentualnej pomocy. Wszak wiadomo, że dezaktywizacja zawodowa jest kwestią kręgosłupa moralnego lub jego braku. Żartowałem, problem dezaktywizacji to problem pragmatyczny. Problem nie jest (albo jest rzadko) zwykła niechęć do pracy. Problemem są lokalne uwarunkowania: niskie pensje, kiepskie polityki publiczne, słabość lokalnych rynków pracy.
Najwyższa aktywność zawodowa w Europie dotyczy krajów skandynawskich, które uważane są powszechnie za rozpuszczające swoich obywateli wysokim socjalem i zniechęcające do pracy wysokimi podatkami.
  1. "Bo skoro one zamykają się w tych domach, nie pracują, taki przykład dają swoim dzieciom. To jest kolejne pokolenie, które będzie wychowywane dokładnie w taki sam sposób."
Tak i takim osobom potrzebne są dedykowane (i drogie) polityki aktywizacyjne. Ponieważ być może poza brakiem dostępu do usług publicznych część rodzin doświadcza jakichś nakładających się na siebie problemów: niepełnosprawności jakiegoś członka rodziny, czy choroby alkoholowej. I tu pewnie przydałyby się jakieś sprawne służby socjalne ale na tym się nie znam, więc nie będę drążył. Pragmatyka, a nie kiwanie palcem.
  1. "I ja uważam, że państwo powinno wspierać ludzi pracujących [brawa]. Żeby te rodziny, które pracują były premiowane."
Też uważam, że państwo powinno wspierać pracujących. Na przykład przez silną Państwową Inspekcję Pracy, która będzie pilnowała przestrzegania ich praw. Przez płacę minimalną, przez regulacje dotyczące równości wynagrodzeń za tę samą pracę. Ale państwo powinno również zająć się aktywizacją zawodową. Powinno więc wspierać również tych niepracujących, po to aby podjęli pracę. Nie tylko dla ich własnego poczucia godności i niezależności finansowej. Ale również po to, żeby nie marnotrawić potencjałów i miliardów złotych kosztów kosztów zaniechania.
5 "Przez te lata zgubiliśmy szacunek do pracy (…). Wmówiono ludziom, że skoro bierzesz pieniądze, to już wystarczy, nie musisz się rozwijać."
Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Mam natomiast silne wrażenie, że przez lata wmówiono ludziom, że należy się rozwijać i dzięki temu rozwojowi dostępne będą dla nich owoce wzrostu. No cóż, okazało się, że to nie takie proste. To znaczy dobrze jest się rozwijać i z pewnością większe szanse na ekonomiczny awans mają osoby, które intensyfikują swoją pracę rozwojową, niż takie, które tego nie robią. Problemem jest to, że rozwój często jest rodzajem kultu cargo; nie do końca wiadomo czy kolejna podyplomówka naprawdę da nam awans, czy kolejny kurs podniesie nasze wynagrodzenie.
Przy czym zapominamy o sieci instytucji publicznych, które odciążają ludzi - zwłaszcza tych z niskim i średnim dochodem - z konieczności wyskrobywania się na wizytę u lekarza, korki dla dzieci, dentystę, czy benzynę na dojazd do roboty.
To znaczy nie my wszyscy zapominamy. Zapominają o tym wolnorynkowi populiści. ¯\_(ツ)_/¯
submitted by FunkcjonariuszKulson to Polska [link] [comments]


2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2018.09.08 20:37 Gazetawarszawska Wojna Marszu Niepodległości a żydzi.

OKUPACJA ŻYDOWSKA W POLSCE 06 MARCH 2018
+++
Wojna Marszu Niepodległości a żydzi.
Wojna - są różne wojny: światowe, lokalne, futbolowe, cenowe, rodzinne, wojny gangów i filozofów, wojny gwiezdne, czy mikroorganizmów.
Wszystkie te konflikty siłowe są rozpoznawalne, definiowane, omawiane, a nawet w jakiś tam sposób chłodno monitorowane, żadna nie jest skrywana czy też - spotyka się z jakimś „brakiem zdolności jej postrzegania”.
Jest jednak jedna taka wojna w historii tego świata, którą okryto zmową milczenia, a nawet jakąś wręcz magiczną zmową masowej blokady umysłu u milionów, a i to na przestrzeni wieków całych.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/538-wojna-marszu-niepodleglosci-a-zydzi
Tą zamilczaną wojną jest wojna żydowska w Polsce, w Lechii. Toczy się ona przeciw wszystkim ludziom w świecie, ale głównie przeciw nam Lechitom, mocarnym kiedyś, a teraz, kiedy już wszystko roztrwoniliśmy, już tylko przeciw nam jako Polakom żałosnym.
Ta żydowska nawałnica trwa od 1000 lat, a nawet lepiej, z każdym dniem nabiera na sile oraz szerzy się w coraz to nowych obszarach naszego życia. Wojna ta, całkowicie totalna, werbalnie otwarta w swych zamiarach exterminacji nas, okrutna, bezwzględna i wykrzyczana przez żydów w każdym miejscu i momencie naszej egzystencji, wali z wielkim hukiem na stołach aborcyjnych w nasze niewiniątka, a jest jednak prawie niemal całkowicie przemilczana i nie odbija się żadnym echem w naszych umysłach.
Odgłosów tej żydowskiej wojny nie słyszą ani drapieżni chciwcy dorobkiewicze, zdolni sprzedać rodziny całe dla pomnożenia swego bogactwa, a którym żydzi bezpardonowo odbierają majątki jak swoje, ani – z drugiej strony - altruistyczni świętoszkowie, którzy tak świątobliwie potrafią nam wykazać uchybienia najgłębszych zakamarków naszych sumień, ale tego, że grzęźniemy w gigantycznych kałużach krwi naszych nienarodzonych – nie widzą. Ekonomiści, prawnicy, socjolodzy i etycy nie widzą wojny niszczenia naszego pisanego prawa, pozbawiania staruszków dachu nad głową, niszczenia wielkich zakładów produkcyjnych, bezsensu i zbrodniczości zabierania dzieci od rodziców, etc.
Oczywiście można przedyskutować każdy indywidualny przypadek, pokazać go w telewizji czy zrobić składkę na nieuleczalnie chorego, albo odbyć jakiś dobroczynny marsz na Biegun lub nawet dalej. Ale syntezy problemu nie ma, bo każda niezbędna tu refleksja stawia żyda w niekorzystnym świetle, a na to nikt nie może sobie pozwolić.
Co jednak najgorsze, to nadmienione przemilczenie żydowskiego zagrożenia w Polsce – na przestrzeni tysiąca lat - jest przykrym i wstydliwym dla nas udziałem najbardziej wnikliwych i uczciwych Lechitów, a to tylko z bardzo małymi wyjątkami.
To swoiste zakneblowanie naszego ducha i rozumu musi mieć jakiś charakter mistyczny – bo inaczej tego zjawiska wytłumaczyć się nie da. Skutkiem tego mistycznego przemilczenia ze strony naszych elit Polacy nie widzą tego strasznego zła i nie słyszą jazgotu oręża wroga, który bez przeszkód wyniszcza organizm Polski i Polaków. Ten swoisty mistycyzm tego zjawiska – braku lechickiej obrony przed żydami jest szczególnie podkreślony przez zadziwiający fakt obrony nas Polaków przed żydami przez papieży, carów, czy nawet Prusaków. O ile wstawiennictwo papieży nie zadziwia zbytnio, to już fakt występowania pruskich urzędników w obronie ludu polskiego przed terrorem sądów rabinackich musi nie tylko wzbudzać pogardę wobec naszych panów i władców, ale zmuszać do głębszej refleksji nad przyczynami naszych strasznych losów na przestrzeni tysiąca lat, a to w takim stopniu, że nasz okrutny los ma taki straszny wymiar, że aż porusza miłosierdzie nawet u naszych śmiertelnych wrogów.
Brak mechanizmów ochronnych przed żydami w naszej mentalności jest niezbity. Polska, tak przez żydów atakowana – okrutnie i bezwzględnie - nie wykazuje jakichkolwiek refleksów obronnych, jest jak ofiara, która nie czuje bólu czy strachu, a nawet nie jest jedynie znieczulona lecz zmanipulowana, poddana jakiemuś MIND CONTROL. To do tego stopnia, że groteskowo aktywnie oddaje się zbrodniarzowi, pomaga mu w tym, aby ten łatwiej założył jej na szyję zbrodnicze jarzmo. Pomaga mu przy tym gorliwe – także i słowem, oskarżając się sama o zbrodnicze czyny, których to właśnie żyd dopuszcza się w stosunku do niej samej. Zniewolony Polak stojąc przed czarodziejskim lustrem żydowskiej oceny świata oraz sądów nad nim(które, jak łatwo zauważyć, jest transformacją postaci i zachowań żywcem wziętych ze Starego Testamentu), widzi w tym odbiciu siebie z zakładanym mu przez żyda jarzmem na szyję, z odcinanymi mu członkami, z plugawieniem jego miłości, z mordowaniem nienarodzonych i paleniem domostw i warsztatów.
Patrząc w to odbicie magicznego lustra Polak przypisuje te zbrodnie sobie jako sprawcy tego wszystkiego na żydzie jako ofierze – bo tu to czarodziejskie lustro dokonuje odwrócenia czynów, kat zamienia się w ofiarę i vice versa. To właśnie magiczne lustro potrafi stworzyć warunki przyzwolenia na procesy kieleckie, jedwabieńskie i całą masę innych, które coraz to nowe wyrastają jak grzyby po deszczu i tylko czekać, aż przyjdzie czas na nowe samooskarżenia i to wobec żydów naszych najstraszniejszych oprawców, którzy to tylko po wojnie wymordowali nam ok. miliona ludzi „przedwojennych” i spuścili do ścieków parędziesiąt milionów nienarodzonych Polaków, rozpili nas, a tych z jakąś energią i chęcią na aktywność przepędzili do innych krajów. A my pozostali, którzy mieszkamy w naszej Ojczyźnie, ale tej już bez granic i bez śladów naszej władzy czy jakiegokolwiek przełożenia naszej egzystencji na nasze warunki życia zbiorowego, my zatomizowani skwapliwie i pokornie wyczekujemy na każdy ochłap, każdą manipulację, oskarżenie czy uderzenie kijem po grzbiecie, aby coś ugrać dla siebie, albo jeszcze raz od czegoś się wymigać, odskoczyć przed uderzeniem, bo jako naród już nic uczynić nie możemy.
Ale okazuje się, że na tym się nie kończy, jest gorzej, bo gorzej zawsze być może. Polak jako ten idealnie zniewolony przez żyda dokonuje aktu wstąpienia w przestrzeń syndromu sztokholmskiego, czyli dokonuje aktu konwersji na żyda-podżyda. Polak podżyd w tym akcie „konwersji” jest faktycznie apogeum naszej zbrodni, jaką jest nasza zgoda na splugawienie naszej tożsamości i to nie tylko jako jedynie narodu, ale człowieczeństwa w ogólności. Bo już nie poprzestajemy na samookaleczaniu nas samych, jak to było dawniej, ale w pełni dotknięci syndromem utożsamiamy się z żydem totalnie, w solidarności z żydem uderzamy w innych, niewinnych nam, a nawet i nieznanych, z odległych nam krain i kultur, a co widać w Afganistanie czy Iraku. I jesteśmy jedynym społeczeństwem w Europie , a może i na świecie, gdzie żydzi z Izraela czują się jak u siebie, a czego nie uświadczą ani w USA, ani Niemczech, ani w Rosji nawet. Gdzie mają nasze tkliwe dowody przyjaźni i zaufania. Gdzie tylko w Polsce żyd pielgrzym w chałacie spluwa pod nogi krajowcowi, a ten wie, że ma się usunąć z drogi, bo jest uważny jako nieczysty, a wiadomo od czasów Lecha Wielkiego, że żydzi są religijnie wrażliwi i dlatego muszą spluwać pod nogi nas nieczystych, aby „zachować przepisy”. Gdzie tylko w Polsce wyuzdane zdziry feministki, gotowe urwać jaja każdemu Polakowi i publiczne go wyszydzić za to, że ma za mało w spodnich, wobec lepiącego się brudem żyda pokornieją, jak mniszki i np. przed spotkaniem w studio telewizyjnym muszą się przed nim formalnie wytłumaczyć co do tego, czy mają właśnie miesiączkę, czy też akurat nie, bo mając miesiączkę są nieczyste i nie mogą przebywać z żydem w tym samym lokalu. A i tak muszą usiąść w stosunku do żyda w sposób, aby mu nie przysiąść na fałdzie od chałata, bo byłaby to wielka nieczystość i taki rabin zamiast pouczać w studio TVP musi iść biegiem do mykwy, aby się tam obmyć i z gojki, i kobiety.
Na przestrzeni całych wieków wyhodowaliśmy wirtualnych żydów, którym - po zlikwidowaniu naszej potęgi i państwowości - otworzyliśmy w Polsce wrota do żydowskiej jaczejki i to o światowym formacie. To z Polski wyszli w świat najstraszniejsi żydzi, którzy topią całe narody we krwi. Tą przez nas wypielęgnowaną jaczejką zniewolono Rosję i zamordowano tam najmniej 60.000.000 ludzi, głównie chrześcijan. Potem zaś w czasie drugiej wojny światowej, która nigdy by nie wybuchła z carem na Kremlu, zamordowano tym naszym tworem może i nawet 15.000.000 Polaków – tak może być, biorąc pod uwagę dokumenty, które opublikowano w Rosji Putina.
Aby było tego mało, w dniu 2 sierpnia 2014 w symboliczny wręcz sposób urządzono w Lublinie „żydowskie wesele”, gdzie głównie Polacy, studenci lubelskich uczelni przebrali się za żydów i odgrywali tam sceny żydowskich rytuałów zaślubin. A był to moment nie przypadkowy, bo dzień grillowania żywych ludzi przez żydów. „Zaślubiny” odbyły się zaraz po błogosławieństwie „shalom” ze strony opętanego przez demony Bergoglio, który celem otwarcia grillowania specjalnie udał się do Izraela, po to, aby przebrany za papieża dać żydom rękojmię do tego rytualnego ludobójstwa.
O ile świat cały z coraz mniej pohamowanym obrzydzeniem patrzy na żydów i ich zbrodnie, to my przeciwnie, urządzamy „zaślubiny”, w ramach naszej utraty tożsamości i zniewolenia deklarujemy się, że i my (Polacy) jesteśmy w „komunii z żydami” (słowa Bergoglio). A tym razem nas tu nic nie przeraża ani nie krępuje, tej żydowskiej „polskości” nie wstydzimy się, jak to jest u nas powszechne wobec obcych oczu.
Nasza bezdowodowa historia jest nie tylko skutkiem licznych pożarów i wojen, ale głównie tej żydowskiej wojny oraz świadomego, metodycznego żydowskiego sabotażu dokonywanego na naszej świadomości, na który to sabotaż my przyzwalamy. Jest to skutkiem niczego innego, jak tylko naszego karygodnego lenistwa, zwanego przez pochlebców zła i kultywatorów naszej głupoty – tolerancją, do których to pochwał my sami już dorabiamy brednie o nadstawianiu drugiego policzka, a przezornie zapominamy o nieodwracalnym piekle dla gorszycieli maluczkich czy o kamieniu młyńskim na szyi szydercy.
Ta nasza „tolerancja” sprawiła to, że na przestrzeni wieków stworzyliśmy z żydów handlarzy niewolników, lichwiarzy, morderców rytualnych, szpiegów, rabusiów, pedofili, krwiopijców wszelkiej maści, za których żydzi uchodzili i uchodzą nadal wśród wszystkich cywilizowanych narodów Europy, dla nas są żydzi rasą boską, której to MY mamy służyć. I rola osła targającego na swym grzbiecie żyda jest naszą cnotą – powołaniem Yaweha, jak oficjalnie nauczają rabini, co de facto zaakceptujemy, a z czym nie zgadzali się nigdy papieże, którzy otwarcie potępiali nas za nasz tolerancyjny, zbrodniczy stosunek do żydów. Która to nasza aktywna tolerancja żydowskich bluźnierstw przeciw Panu Bogu i zbrodni przeciw ludzkości jest przecież naszym żywym udziałem w tych zbrodniach jako w grzechu cudzym.
O grzechu cudzym(+) wypowiadali się wielcy święci jak np. Tomasz z Akwinu, ale też błogosławiony x. Popiełuszko. Z nauk tych wynika jasno, że przyzwalając innym na grzech współuczestniczymy w tych zbrodniach. Biorąc zatem żydowskie zbrodnie na nas samych, poprzez tłumaczenie żydów i ich uczynków, czy odstąpienie od ścigania ich, ściągamy na nas samych święty gniew Pana Boga, i tu jesteśmy – w oczach Boga Ojca - nawet znacznie gorsi niż żydzi, bo my jako ochrzczeni mamy wlaną łaskę rozumu bożego, a której to żydzi nie posiadają, czyli żydzi choć odrzuceni, są mniej winni niż my wybrani, bo jako ci, którzy otrzymali więcej, winni są do tym większej wzajemności Bogu, a czego u nas nie ma.
Ta nasza wielowiekowa niewdzięczność i lekceważenie Daru Bożego - jakim jest Chrzest Święty - może tłumaczyć tę naszą ślepotę, która ma charakter wtórny, jako kara nam nałożona za przeciwstawnie się Panu Bogu w kwestii żydowskiej, w naszej tolerancji wobec ich postępków.
Stanu naszego umysłu jako tego totalnego zaślepienia nie można wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób, ale poprzez właśnie wspomniany mistycyzm, jako karę z Niebios. A nie spadło to nas nagle skutkiem jakiejś powodzi, przecież już tysiąc lat temu chełpiliśmy się tym, że sponsorowaliśmy żydowskie łowy niewolników, które żydzi uprawiali bez przeszkód na naszym terenie na naszych braciach! W XIII już wieku spreparowano tzw. „przywileje kaliskie” – stworzone całkowicie retroaktywnie, które nakładały jarzmo żydowskie na naszą ludność, a ta hańba – potępiona nawet przez naszych wrogów Prusaków - jest obecnie powodem naszej dumy. A ewidentny fakt złupienia Polski na przestrzeni ostatnich 25 lat – za pomocą tego właśnie prawa dla durniów, nie przynosi obecnemu społeczeństwu asumptu do jakiejkolwiek chwili do refleksji, nie mówiąc już o żalu za grzechy w stosunku do tego przywileju .
Nic nas nie nauczyło, patrząc na niezabliźnione rany Warszawy, na straszny los jej wspaniałych mieszkańców, na nowe już nie rany nawet, ale trwale okaleczenia, jakimi jest klęska i wypędzenie Solidarności.
Widząc sceny znęcania się policji nad niewinnymi Polakami jesteśmy tym nawet przerażeni. Nie widzimy jednak żadnego związku miedzy statusem pedofila Polańskiego, który jest w Polsce nie tylko chroniony, ale i gloryfikowany, wampiryzmem Wildsteina, tytułowaniem żydów naszymi starszymi braćmi, a strzelaniem policjantów na oślep w tłumy ludzi. Podkreślamy przy tym, że strzelano z broni gładkolufowej i mamy na końcu języka to, że jest to i tak jakiś tam rabat, bo po co było tu przyjeżdżać i rzucać bombami benzynowymi w policjantów!? A o losach Karmelitanek nikt nie wspomniał, bo to nie dość, że stara historia, to i dodatkowo bez logicznego związku.
Problem ten to brak naszej zbiorowej zdolności do przejścia od problemów doraźnych - które potrafimy błyskawicznie rozwiązać - do rozwiązań trwałych, ogólnych, pożytecznych dla nas wszystkich w formie obowiązującego prawa i zasad. Trudność ta wynika głównie z dwóch powodów:
- Braku polskich struktur społecznych, których trwałe powiązania są gruntem prawidłowego funkcjonowania systemu nerwowego każdej społeczności.
- Obecności żydowskiej w naszych - narzuconych nam - strukturach społecznych.
Pierwszy problem jest wynikiem historii najnowszej, gdzie po zagładzie wojennej nie byliśmy w stanie odbudować naszych struktur społecznych. A popadliśmy nawet w stan dużo gorszy niż Rosjanie, bo tam zbudowano państwo komunistyczne, które było bardziej kompleksoowe w swym charakterze niż ten nijaki polski PRL, który był „ni pies, ni wydra”. A odbiło się to w głębokim systemie wykluczania nas jako narodu ze wszystkich niemal struktur zarządzania w każdej dyscyplinie i na każdym poziomie zarządzania. Byliśmy społeczeństwem, które „chodziło do pracy”, a w systemie zrządzania nie miało nic do powiedzenia. Pookrągłostołowe zniszczenie wszystkiego pogłębiło jedynie ten problem. Obecnie Polacy są całkowicie na marginesie wszelkich struktur władzy administracji centralnych lub wielkich organizacji . Gigantyczna biurokracja stworzyła swoje własne zaplecze korupcyjno-wyborcze i ta milionowa armia jest w stanie wybierać w wyborach sama siebie, o ile zajdzie taka potrzeba.
Ale nie jest to jednak ściana do nie do przebicia. Odrobiną organizacji można ten problem ominąć. I właśnie o ominięcie tu chodzi. Trzeba tworzyć własne struktury organizacyjne obok tych obecnych formalnych. Bo walka z tym formalnym partiami, organizacjami etc, jest bardzo podobna do kopania się z koniem i tu jest mała szansa na wygranie. Szansą jest tworzenie struktur społeczeństwa alternatywnego w stosunku do obecnego bałaganu i bezprawia. Tworzyć struktury bliźniacze do struktur obecnych formalnych, a tam gdzie ich nie ma lub są zorganizowane błędnie, trzeba odtworzyć struktury przedwojenne, które w większości wypadków były dużo mądrzejsze i sprawniejsze niż obecne i to nie tylko postkomunistyczne. (to bardzo ważne!!!)
Polskie rozwiązania socjalno-prawne w okresie Polski międzywojennej były często dużo lepiej zorganizowane niż obecne wynalazki krajów na Zachodzie. Polski ruch związkowy, pomocy społecznej, spółdzielczości były na wyższym poziomie organizacyjnym niż obecne podobne organizacje w krajach skandynawskich, które chciałby uchodzić z wzór do naśladowania. Bez kompleksów wobec innych! Trzeba dodatkowo stworzyć alternatywne wojsko, policję i sądy, nie jest to żadna śmieszność, ale normalna kolej rzeczy, bo każdą policję czy sądy ludy i narody powołały kiedyś od dołu, a nie od góry.Tak samo można stworzyć własny system monetarny - cyfrowy - który uruchomi nasz alternatywny krwiobieg gospodarczy i socjalny - BYPASS.
Okupant to wie i dlatego zwalcza Marsz, bo obawia się tego, że za którymś razem uczestnicy tego Marszu zboczą z trasy, zajmą budynki rządowe i ogłoszą nowy Sejm, rząd i urząd prezydencki czy dyktatorski! Ogłoszą konstytucyjną ciągłość i ważność konstytucji Międzywojennej, a z powołaniem się na skutki prawne wynikające z „bezwarunkowej kapitulacji Niemiec” 1945 roku. Konstytucję obecną ogłoszą za niebyłą i to łącznie ze wszystkim aktami międzynarodowymi zawartymi po 1989 roku. Okupant boi się, razem z okupantem boja się i Niemcy i żydzi, te trzy siły mogą wszytko stracić w ciągu kilku godzin - czego są świadome - a to też i w takich okolicznościach, gdzie obowiązuje kara śmierci.
Oczywiście kwestie ekonomiczne i restrykcje władz są tu ogromnym problemem, ale nie jest to szklana góra. Polacy są jednym z najinteligentniejszych narodów świata i trzeba im jedynie klimatu do poprawy. Jest oczywiste, że takiego klimatu nikt im nie stworzy, więc muszą to uczynić sobie sami – co też jest prostym wnioskiem:
Nie ma warunków do odbudowy? Zacząć budować te warunki!
Drugi problem to żydzi. Jest to grzech pierwotny początków naszej państwowości, pozwoliliśmy żydom na budowanie państwa w państwie, narodu w narodzie, systemu w systemie. To tak dalece, że niejako stworzyliśmy żydów, których jakby nie było. A nie jest to spostrzeżenie retoryczne, bo trzeba zauważyć, że żydzi są stworem błędów chrześcijaństwa. Żydostwo jest formalnym tworem Talmudu, który został uformowany paręset lat po Chrystusie i to żydostwo zaczęło podążać śladami Kościoła, aby go prześladować. Prostą istotą judaizmu jest antychrystyzm - nic więcej. Żydów nie ma tam, gdzie nie ma chrześcijaństwa lub tam, gdzie chrześcijaństwo jest bardzo silne. Teolodzy katoliccy już dawno zauważyli prosty mechanizm uzależnienia rozwoju żydowstwa od gleby upadku Kościoła – a co widać w Polsce obecnej. Tam gdzie Kościół jest silny, żydostwo nie istnieje. Państwo bez żydów jest potęgą, a z żydami jego karykaturą. Żydzi nie są zdolni do samodzielnej egzystencji muszą mieć swojego organicznego goja, a zbrodniczo miotający się Izrael jest tego najlepszym przykładem.
Siła żydów w Polsce jest prostą funkcją ich funkcjonowania w naszym systemie społecznym, a do tego trzeba naszej słabości. Dlatego aby cokolwiek zrobić w państwie alternatywnym, trzeba to czynić bez żydów. Z żydami się nie uda, lekcja „Solidarności” jest tego dowodem. Byliśmy największym ruchem społecznym na świecie w całej jego historii. Była to pierwsza wielkość ilościowa i pierwsza wielkość jakościowa. My młodzi, silni, wspaniali, ofiarni, mogliśmy wywrócić świat do góry nogami, a jak się skończyło? Tak jak widać - pogorzeliskiem, które jest gorsze, niż po drugiej wojnie światowej, gdzie wtedy mieliśmy przynajmniej granice państwa i granice moralne. Teraz nic nie ma, bo zostaliśmy przygotowani pod nawóz dla żydowskiego osadnictwa. Aby zatem coś zbudować i utrzymać owoc naszej pracy, trzeba budować społeczeństwo alternatywne bez żydów, jakikolwiek kompromis w tym względzie otwiera drogę do klęski. Z żydami nic nam się nie uda, a bez żydów wszystko będzie piękne i dobre. Przy czym budując Polskę bez żydów należy bardziej wystrzegać się żydów dobrych niż złych, a od żydów dobrych należy bardziej wystrzegać się filosemitów. Filosemici są jeszcze bardziej dla nas szkodliwi niż dobrzy żydzi. Najmniej nam szkodliwi są źli żydzi, bardziej źli, im gorsi tym lepsi, bo mniej groźni.
Reasumując: jak widać w ostatnich wydarzeniach 11 listopada, Marsz zakończył się bardzo źle i tylko ręka opatrzności ochroniła nas przed kolejnym rozlewem krwi, kolejny dramatem, traumą powypadkową i rozbiciem.
Dmowski wyliczył, że Naród traci swe siły na 30 lat po utarcie krwi. Jak widać wróg dąży wszelkim środkami to takiego osłabienia: spójrzmy, że po wojnie mamy również ten cykl: lata „50” + 30 = lata „80” – powstanie i klęska Solidarności, teraz minęło 30 lat i czas na kolejne spuszczenie krwi z Polaków. NIE MOŻEMY NA TO POZWOLIĆ! (dlatego może alternatywnie chcą nas wpakować w ukraińską wojnę z Rosją!).
Następny Marsz Niepodległości musi mieć zmienioną formułę ma Marsz Katolicko - Narodowy. Marsz ten musi być zorganizowany właśnie przez struktury alternatywne. Bacząc przy tym, aby tych żydowskich bandziorów, którzy wpuścili dziesiątki tysięcy Polaków w zasadzkę, odseparować od nowych struktur. Nas nie stać więcej na taki marsz jak tegoroczny, a tych bandziorów od organizacji obecnego marszu najlepiej oddać do prokuratury z zawiadomieniem o próbie popełnienia masowej zbrodni na Polakach. Ten marsz był niczym innym jak zamachem na życie tysięcy Polaków i tym bandziorom nie wolno tego puścić płazem. W zawiadomieniu do prokuratury nie wolno zapomnieć o przedstawicielach władz Miasta Warszawy i policji, którzy zezwolili wejść na most Poniatowskiego, lub powiedzmy ściśle - skierowaniu marszu w zasadzkę i to pod osłoną ciemności .
Polska suwerenna to Polska bez żydów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
15-XI_2014
+++
(+) Grzechy cudze
KKK 1868 Grzech jest czynem osobistym; co więcej, ponosimy odpowiedzialność za grzechy popełniane przez innych, gdy w nich współdziałamy:
– uczestnicząc w nich bezpośrednio i dobrowolnie;
– nakazując je, zalecając, pochwalając lub aprobując;
– nie wyjawiając ich lub nie przeszkadzając im, mimo że jesteśmy do tego zobowiązani;
– chroniąc tych, którzy popełniają zło.
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.10 10:27 Gazetawarszawska Wojna Marszu Niepodległości a żydzi.

Wojna Marszu Niepodległości a żydzi.
+++
Wojna Marszu Niepodległości a żydzi.
Wojna - są różne wojny: światowe, lokalne, futbolowe, cenowe, rodzinne, wojny gangów i filozofów, wojny gwiezdne, czy mikroorganizmów.
Wszystkie te konflikty siłowe są rozpoznawalne, definiowane, omawiane, a nawet w jakiś tam sposób chłodno monitorowane, żadna nie jest skrywana czy też - spotyka się z jakimś „brakiem zdolności jej postrzegania”.
https://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/538-wojna-marszu-niepodleglosci-a-zydzi
https://preview.redd.it/qv7tniwt78f11.jpg?width=663&format=pjpg&auto=webp&s=22dab8ecc1a472d58dd016c84b7bcf7f8429022e
Jest jednak jedna taka wojna w historii tego świata, którą okryto zmową milczenia, a nawet jakąś wręcz magiczną zmową masowej blokady umysłu u milionów, a i to na przestrzeni wieków całych.
Tą zamilczaną wojną jest wojna żydowska w Polsce, w Lechii. Toczy się ona przeciw wszystkim ludziom w świecie, ale głównie przeciw nam Lechitom, mocarnym kiedyś, a teraz, kiedy już wszystko roztrwoniliśmy, już tylko przeciw nam jako Polakom żałosnym.
Ta żydowska nawałnica trwa od 1000 lat, a nawet lepiej, z każdym dniem nabiera na sile oraz szerzy się w coraz to nowych obszarach naszego życia. Wojna ta, całkowicie totalna, werbalnie otwarta w swych zamiarach exterminacji nas, okrutna, bezwzględna i wykrzyczana przez żydów w każdym miejscu i momencie naszej egzystencji, wali z wielkim hukiem na stołach aborcyjnych w nasze niewiniątka, a jest jednak prawie niemal całkowicie przemilczana i nie odbija się żadnym echem w naszych umysłach.
Odgłosów tej żydowskiej wojny nie słyszą ani drapieżni chciwcy dorobkiewicze, zdolni sprzedać rodziny całe dla pomnożenia swego bogactwa, a którym żydzi bezpardonowo odbierają majątki jak swoje, ani – z drugiej strony - altruistyczni świętoszkowie, którzy tak świątobliwie potrafią nam wykazać uchybienia najgłębszych zakamarków naszych sumień, ale tego, że grzęźniemy w gigantycznych kałużach krwi naszych nienarodzonych – nie widzą. Ekonomiści, prawnicy, socjolodzy i etycy nie widzą wojny niszczenia naszego pisanego prawa, pozbawiania staruszków dachu nad głową, niszczenia wielkich zakładów produkcyjnych, bezsensu i zbrodniczości zabierania dzieci od rodziców, etc.
Oczywiście można przedyskutować każdy indywidualny przypadek, pokazać go w telewizji czy zrobić składkę na nieuleczalnie chorego, albo odbyć jakiś dobroczynny marsz na Biegun lub nawet dalej. Ale syntezy problemu nie ma, bo każda niezbędna tu refleksja stawia żyda w niekorzystnym świetle, a na to nikt nie może sobie pozwolić.
Co jednak najgorsze, to nadmienione przemilczenie żydowskiego zagrożenia w Polsce – na przestrzeni tysiąca lat - jest przykrym i wstydliwym dla nas udziałem najbardziej wnikliwych i uczciwych Lechitów, a to tylko z bardzo małymi wyjątkami.
To swoiste zakneblowanie naszego ducha i rozumu musi mieć jakiś charakter mistyczny – bo inaczej tego zjawiska wytłumaczyć się nie da. Skutkiem tego mistycznego przemilczenia ze strony naszych elit Polacy nie widzą tego strasznego zła i nie słyszą jazgotu oręża wroga, który bez przeszkód wyniszcza organizm Polski i Polaków. Ten swoisty mistycyzm tego zjawiska – braku lechickiej obrony przed żydami jest szczególnie podkreślony przez zadziwiający fakt obrony nas Polaków przed żydami przez papieży, carów, czy nawet Prusaków. O ile wstawiennictwo papieży nie zadziwia zbytnio, to już fakt występowania pruskich urzędników w obronie ludu polskiego przed terrorem sądów rabinackich musi nie tylko wzbudzać pogardę wobec naszych panów i władców, ale zmuszać do głębszej refleksji nad przyczynami naszych strasznych losów na przestrzeni tysiąca lat, a to w takim stopniu, że nasz okrutny los ma taki straszny wymiar, że aż porusza miłosierdzie nawet u naszych śmiertelnych wrogów.
Brak mechanizmów ochronnych przed żydami w naszej mentalności jest niezbity. Polska, tak przez żydów atakowana – okrutnie i bezwzględnie - nie wykazuje jakichkolwiek refleksów obronnych, jest jak ofiara, która nie czuje bólu czy strachu, a nawet nie jest jedynie znieczulona lecz zmanipulowana, poddana jakiemuś MIND CONTROL. To do tego stopnia, że groteskowo aktywnie oddaje się zbrodniarzowi, pomaga mu w tym, aby ten łatwiej założył jej na szyję zbrodnicze jarzmo. Pomaga mu przy tym gorliwe – także i słowem, oskarżając się sama o zbrodnicze czyny, których to właśnie żyd dopuszcza się w stosunku do niej samej. Zniewolony Polak stojąc przed czarodziejskim lustrem żydowskiej oceny świata oraz sądów nad nim(które, jak łatwo zauważyć, jest transformacją postaci i zachowań żywcem wziętych ze Starego Testamentu), widzi w tym odbiciu siebie z zakładanym mu przez żyda jarzmem na szyję, z odcinanymi mu członkami, z plugawieniem jego miłości, z mordowaniem nienarodzonych i paleniem domostw i warsztatów.
Patrząc w to odbicie magicznego lustra Polak przypisuje te zbrodnie sobie jako sprawcy tego wszystkiego na żydzie jako ofierze – bo tu to czarodziejskie lustro dokonuje odwrócenia czynów, kat zamienia się w ofiarę i vice versa. To właśnie magiczne lustro potrafi stworzyć warunki przyzwolenia na procesy kieleckie, jedwabieńskie i całą masę innych, które coraz to nowe wyrastają jak grzyby po deszczu i tylko czekać, aż przyjdzie czas na nowe samooskarżenia i to wobec żydów naszych najstraszniejszych oprawców, którzy to tylko po wojnie wymordowali nam ok. miliona ludzi „przedwojennych” i spuścili do ścieków parędziesiąt milionów nienarodzonych Polaków, rozpili nas, a tych z jakąś energią i chęcią na aktywność przepędzili do innych krajów. A my pozostali, którzy mieszkamy w naszej Ojczyźnie, ale tej już bez granic i bez śladów naszej władzy czy jakiegokolwiek przełożenia naszej egzystencji na nasze warunki życia zbiorowego, my zatomizowani skwapliwie i pokornie wyczekujemy na każdy ochłap, każdą manipulację, oskarżenie czy uderzenie kijem po grzbiecie, aby coś ugrać dla siebie, albo jeszcze raz od czegoś się wymigać, odskoczyć przed uderzeniem, bo jako naród już nic uczynić nie możemy.
Ale okazuje się, że na tym się nie kończy, jest gorzej, bo gorzej zawsze być może. Polak jako ten idealnie zniewolony przez żyda dokonuje aktu wstąpienia w przestrzeń syndromu sztokholmskiego, czyli dokonuje aktu konwersji na żyda-podżyda. Polak podżyd w tym akcie „konwersji” jest faktycznie apogeum naszej zbrodni, jaką jest nasza zgoda na splugawienie naszej tożsamości i to nie tylko jako jedynie narodu, ale człowieczeństwa w ogólności. Bo już nie poprzestajemy na samookaleczaniu nas samych, jak to było dawniej, ale w pełni dotknięci syndromem utożsamiamy się z żydem totalnie, w solidarności z żydem uderzamy w innych, niewinnych nam, a nawet i nieznanych, z odległych nam krain i kultur, a co widać w Afganistanie czy Iraku. I jesteśmy jedynym społeczeństwem w Europie , a może i na świecie, gdzie żydzi z Izraela czują się jak u siebie, a czego nie uświadczą ani w USA, ani Niemczech, ani w Rosji nawet. Gdzie mają nasze tkliwe dowody przyjaźni i zaufania. Gdzie tylko w Polsce żyd pielgrzym w chałacie spluwa pod nogi krajowcowi, a ten wie, że ma się usunąć z drogi, bo jest uważny jako nieczysty, a wiadomo od czasów Lecha Wielkiego, że żydzi są religijnie wrażliwi i dlatego muszą spluwać pod nogi nas nieczystych, aby „zachować przepisy”. Gdzie tylko w Polsce wyuzdane zdziry feministki, gotowe urwać jaja każdemu Polakowi i publiczne go wyszydzić za to, że ma za mało w spodnich, wobec lepiącego się brudem żyda pokornieją, jak mniszki i np. przed spotkaniem w studio telewizyjnym muszą się przed nim formalnie wytłumaczyć co do tego, czy mają właśnie miesiączkę, czy też akurat nie, bo mając miesiączkę są nieczyste i nie mogą przebywać z żydem w tym samym lokalu. A i tak muszą usiąść w stosunku do żyda w sposób, aby mu nie przysiąść na fałdzie od chałata, bo byłaby to wielka nieczystość i taki rabin zamiast pouczać w studio TVP musi iść biegiem do mykwy, aby się tam obmyć i z gojki, i kobiety.
Na przestrzeni całych wieków wyhodowaliśmy wirtualnych żydów, którym - po zlikwidowaniu naszej potęgi i państwowości - otworzyliśmy w Polsce wrota do żydowskiej jaczejki i to o światowym formacie. To z Polski wyszli w świat najstraszniejsi żydzi, którzy topią całe narody we krwi. Tą przez nas wypielęgnowaną jaczejką zniewolono Rosję i zamordowano tam najmniej 60.000.000 ludzi, głównie chrześcijan. Potem zaś w czasie drugiej wojny światowej, która nigdy by nie wybuchła z carem na Kremlu, zamordowano tym naszym tworem może i nawet 15.000.000 Polaków – tak może być, biorąc pod uwagę dokumenty, które opublikowano w Rosji Putina.
Aby było tego mało, w dniu 2 sierpnia 2014 w symboliczny wręcz sposób urządzono w Lublinie „żydowskie wesele”, gdzie głównie Polacy, studenci lubelskich uczelni przebrali się za żydów i odgrywali tam sceny żydowskich rytuałów zaślubin. A był to moment nie przypadkowy, bo dzień grillowania żywych ludzi przez żydów. „Zaślubiny” odbyły się zaraz po błogosławieństwie „shalom” ze strony opętanego przez demony Bergoglio, który celem otwarcia grillowania specjalnie udał się do Izraela, po to, aby przebrany za papieża dać żydom rękojmię do tego rytualnego ludobójstwa.
O ile świat cały z coraz mniej pohamowanym obrzydzeniem patrzy na żydów i ich zbrodnie, to my przeciwnie, urządzamy „zaślubiny”, w ramach naszej utraty tożsamości i zniewolenia deklarujemy się, że i my (Polacy) jesteśmy w „komunii z żydami” (słowa Bergoglio). A tym razem nas tu nic nie przeraża ani nie krępuje, tej żydowskiej „polskości” nie wstydzimy się, jak to jest u nas powszechne wobec obcych oczu.
Nasza bezdowodowa historia jest nie tylko skutkiem licznych pożarów i wojen, ale głównie tej żydowskiej wojny oraz świadomego, metodycznego żydowskiego sabotażu dokonywanego na naszej świadomości, na który to sabotaż my przyzwalamy. Jest to skutkiem niczego innego, jak tylko naszego karygodnego lenistwa, zwanego przez pochlebców zła i kultywatorów naszej głupoty – tolerancją, do których to pochwał my sami już dorabiamy brednie o nadstawianiu drugiego policzka, a przezornie zapominamy o nieodwracalnym piekle dla gorszycieli maluczkich czy o kamieniu młyńskim na szyi szydercy.
Ta nasza „tolerancja” sprawiła to, że na przestrzeni wieków stworzyliśmy z żydów handlarzy niewolników, lichwiarzy, morderców rytualnych, szpiegów, rabusiów, pedofili, krwiopijców wszelkiej maści, za których żydzi uchodzili i uchodzą nadal wśród wszystkich cywilizowanych narodów Europy, dla nas są żydzi rasą boską, której to MY mamy służyć. I rola osła targającego na swym grzbiecie żyda jest naszą cnotą – powołaniem Yaweha, jak oficjalnie nauczają rabini, co de facto zaakceptujemy, a z czym nie zgadzali się nigdy papieże, którzy otwarcie potępiali nas za nasz tolerancyjny, zbrodniczy stosunek do żydów. Która to nasza aktywna tolerancja żydowskich bluźnierstw przeciw Panu Bogu i zbrodni przeciw ludzkości jest przecież naszym żywym udziałem w tych zbrodniach jako w grzechu cudzym.
O grzechu cudzym(+) wypowiadali się wielcy święci jak np. Tomasz z Akwinu, ale też błogosławiony x. Popiełuszko. Z nauk tych wynika jasno, że przyzwalając innym na grzech współuczestniczymy w tych zbrodniach. Biorąc zatem żydowskie zbrodnie na nas samych, poprzez tłumaczenie żydów i ich uczynków, czy odstąpienie od ścigania ich, ściągamy na nas samych święty gniew Pana Boga, i tu jesteśmy – w oczach Boga Ojca - nawet znacznie gorsi niż żydzi, bo my jako ochrzczeni mamy wlaną łaskę rozumu bożego, a której to żydzi nie posiadają, czyli żydzi choć odrzuceni, są mniej winni niż my wybrani, bo jako ci, którzy otrzymali więcej, winni są do tym większej wzajemności Bogu, a czego u nas nie ma.
Ta nasza wielowiekowa niewdzięczność i lekceważenie Daru Bożego - jakim jest Chrzest Święty - może tłumaczyć tę naszą ślepotę, która ma charakter wtórny, jako kara nam nałożona za przeciwstawnie się Panu Bogu w kwestii żydowskiej, w naszej tolerancji wobec ich postępków.
Stanu naszego umysłu jako tego totalnego zaślepienia nie można wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób, ale poprzez właśnie wspomniany mistycyzm, jako karę z Niebios. A nie spadło to nas nagle skutkiem jakiejś powodzi, przecież już tysiąc lat temu chełpiliśmy się tym, że sponsorowaliśmy żydowskie łowy niewolników, które żydzi uprawiali bez przeszkód na naszym terenie na naszych braciach! W XIII już wieku spreparowano tzw. „przywileje kaliskie” – stworzone całkowicie retroaktywnie, które nakładały jarzmo żydowskie na naszą ludność, a ta hańba – potępiona nawet przez naszych wrogów Prusaków - jest obecnie powodem naszej dumy. A ewidentny fakt złupienia Polski na przestrzeni ostatnich 25 lat – za pomocą tego właśnie prawa dla durniów, nie przynosi obecnemu społeczeństwu asumptu do jakiejkolwiek chwili do refleksji, nie mówiąc już o żalu za grzechy w stosunku do tego przywileju .
Nic nas nie nauczyło, patrząc na niezabliźnione rany Warszawy, na straszny los jej wspaniałych mieszkańców, na nowe już nie rany nawet, ale trwale okaleczenia, jakimi jest klęska i wypędzenie Solidarności.
Widząc sceny znęcania się policji nad niewinnymi Polakami jesteśmy tym nawet przerażeni. Nie widzimy jednak żadnego związku miedzy statusem pedofila Polańskiego, który jest w Polsce nie tylko chroniony, ale i gloryfikowany, wampiryzmem Wildsteina, tytułowaniem żydów naszymi starszymi braćmi, a strzelaniem policjantów na oślep w tłumy ludzi. Podkreślamy przy tym, że strzelano z broni gładkolufowej i mamy na końcu języka to, że jest to i tak jakiś tam rabat, bo po co było tu przyjeżdżać i rzucać bombami benzynowymi w policjantów!? A o losach Karmelitanek nikt nie wspomniał, bo to nie dość, że stara historia, to i dodatkowo bez logicznego związku.
Problem ten to brak naszej zbiorowej zdolności do przejścia od problemów doraźnych - które potrafimy błyskawicznie rozwiązać - do rozwiązań trwałych, ogólnych, pożytecznych dla nas wszystkich w formie obowiązującego prawa i zasad. Trudność ta wynika głównie z dwóch powodów:
- Braku polskich struktur społecznych, których trwałe powiązania są gruntem prawidłowego funkcjonowania systemu nerwowego każdej społeczności.
- Obecności żydowskiej w naszych - narzuconych nam - strukturach społecznych.
Pierwszy problem jest wynikiem historii najnowszej, gdzie po zagładzie wojennej nie byliśmy w stanie odbudować naszych struktur społecznych. A popadliśmy nawet w stan dużo gorszy niż Rosjanie, bo tam zbudowano państwo komunistyczne, które było bardziej kompleksoowe w swym charakterze niż ten nijaki polski PRL, który był „ni pies, ni wydra”. A odbiło się to w głębokim systemie wykluczania nas jako narodu ze wszystkich niemal struktur zarządzania w każdej dyscyplinie i na każdym poziomie zarządzania. Byliśmy społeczeństwem, które „chodziło do pracy”, a w systemie zrządzania nie miało nic do powiedzenia. Pookrągłostołowe zniszczenie wszystkiego pogłębiło jedynie ten problem. Obecnie Polacy są całkowicie na marginesie wszelkich struktur władzy administracji centralnych lub wielkich organizacji . Gigantyczna biurokracja stworzyła swoje własne zaplecze korupcyjno-wyborcze i ta milionowa armia jest w stanie wybierać w wyborach sama siebie, o ile zajdzie taka potrzeba.
Ale nie jest to jednak ściana do nie do przebicia. Odrobiną organizacji można ten problem ominąć. I właśnie o ominięcie tu chodzi. Trzeba tworzyć własne struktury organizacyjne obok tych obecnych formalnych. Bo walka z tym formalnym partiami, organizacjami etc, jest bardzo podobna do kopania się z koniem i tu jest mała szansa na wygranie. Szansą jest tworzenie struktur społeczeństwa alternatywnego w stosunku do obecnego bałaganu i bezprawia. Tworzyć struktury bliźniacze do struktur obecnych formalnych, a tam gdzie ich nie ma lub są zorganizowane błędnie, trzeba odtworzyć struktury przedwojenne, które w większości wypadków były dużo mądrzejsze i sprawniejsze niż obecne i to nie tylko postkomunistyczne. (to bardzo ważne!!!)
Polskie rozwiązania socjalno-prawne w okresie Polski międzywojennej były często dużo lepiej zorganizowane niż obecne wynalazki krajów na Zachodzie. Polski ruch związkowy, pomocy społecznej, spółdzielczości były na wyższym poziomie organizacyjnym niż obecne podobne organizacje w krajach skandynawskich, które chciałby uchodzić z wzór do naśladowania. Bez kompleksów wobec innych! Trzeba dodatkowo stworzyć alternatywne wojsko, policję i sądy, nie jest to żadna śmieszność, ale normalna kolej rzeczy, bo każdą policję czy sądy ludy i narody powołały kiedyś od dołu, a nie od góry.Tak samo można stworzyć własny system monetarny - cyfrowy - który uruchomi nasz alternatywny krwiobieg gospodarczy i socjalny - BYPASS.
Okupant to wie i dlatego zwalcza Marsz, bo obawia się tego, że za którymś razem uczestnicy tego Marszu zboczą z trasy, zajmą budynki rządowe i ogłoszą nowy Sejm, rząd i urząd prezydencki czy dyktatorski! Ogłoszą konstytucyjną ciągłość i ważność konstytucji Międzywojennej, a z powołaniem się na skutki prawne wynikające z „bezwarunkowej kapitulacji Niemiec” 1945 roku. Konstytucję obecną ogłoszą za niebyłą i to łącznie ze wszystkim aktami międzynarodowymi zawartymi po 1989 roku. Okupant boi się, razem z okupantem boja się i Niemcy i żydzi, te trzy siły mogą wszytko stracić w ciągu kilku godzin - czego są świadome - a to też i w takich okolicznościach, gdzie obowiązuje kara śmierci.
Oczywiście kwestie ekonomiczne i restrykcje władz są tu ogromnym problemem, ale nie jest to szklana góra. Polacy są jednym z najinteligentniejszych narodów świata i trzeba im jedynie klimatu do poprawy. Jest oczywiste, że takiego klimatu nikt im nie stworzy, więc muszą to uczynić sobie sami – co też jest prostym wnioskiem:
Nie ma warunków do odbudowy? Zacząć budować te warunki!
Drugi problem to żydzi. Jest to grzech pierwotny początków naszej państwowości, pozwoliliśmy żydom na budowanie państwa w państwie, narodu w narodzie, systemu w systemie. To tak dalece, że niejako stworzyliśmy żydów, których jakby nie było. A nie jest to spostrzeżenie retoryczne, bo trzeba zauważyć, że żydzi są stworem błędów chrześcijaństwa. Żydostwo jest formalnym tworem Talmudu, który został uformowany paręset lat po Chrystusie i to żydostwo zaczęło podążać śladami Kościoła, aby go prześladować. Prostą istotą judaizmu jest antychrystyzm - nic więcej. Żydów nie ma tam, gdzie nie ma chrześcijaństwa lub tam, gdzie chrześcijaństwo jest bardzo silne. Teolodzy katoliccy już dawno zauważyli prosty mechanizm uzależnienia rozwoju żydowstwa od gleby upadku Kościoła – a co widać w Polsce obecnej. Tam gdzie Kościół jest silny, żydostwo nie istnieje. Państwo bez żydów jest potęgą, a z żydami jego karykaturą. Żydzi nie są zdolni do samodzielnej egzystencji muszą mieć swojego organicznego goja, a zbrodniczo miotający się Izrael jest tego najlepszym przykładem.
Siła żydów w Polsce jest prostą funkcją ich funkcjonowania w naszym systemie społecznym, a do tego trzeba naszej słabości. Dlatego aby cokolwiek zrobić w państwie alternatywnym, trzeba to czynić bez żydów. Z żydami się nie uda, lekcja „Solidarności” jest tego dowodem. Byliśmy największym ruchem społecznym na świecie w całej jego historii. Była to pierwsza wielkość ilościowa i pierwsza wielkość jakościowa. My młodzi, silni, wspaniali, ofiarni, mogliśmy wywrócić świat do góry nogami, a jak się skończyło? Tak jak widać - pogorzeliskiem, które jest gorsze, niż po drugiej wojnie światowej, gdzie wtedy mieliśmy przynajmniej granice państwa i granice moralne. Teraz nic nie ma, bo zostaliśmy przygotowani pod nawóz dla żydowskiego osadnictwa. Aby zatem coś zbudować i utrzymać owoc naszej pracy, trzeba budować społeczeństwo alternatywne bez żydów, jakikolwiek kompromis w tym względzie otwiera drogę do klęski. Z żydami nic nam się nie uda, a bez żydów wszystko będzie piękne i dobre. Przy czym budując Polskę bez żydów należy bardziej wystrzegać się żydów dobrych niż złych, a od żydów dobrych należy bardziej wystrzegać się filosemitów. Filosemici są jeszcze bardziej dla nas szkodliwi niż dobrzy żydzi. Najmniej nam szkodliwi są źli żydzi, bardziej źli, im gorsi tym lepsi, bo mniej groźni.
Reasumując: jak widać w ostatnich wydarzeniach 11 listopada, Marsz zakończył się bardzo źle i tylko ręka opatrzności ochroniła nas przed kolejnym rozlewem krwi, kolejny dramatem, traumą powypadkową i rozbiciem.
Dmowski wyliczył, że Naród traci swe siły na 30 lat po utarcie krwi. Jak widać wróg dąży wszelkim środkami to takiego osłabienia: spójrzmy, że po wojnie mamy również ten cykl: lata „50” + 30 = lata „80” – powstanie i klęska Solidarności, teraz minęło 30 lat i czas na kolejne spuszczenie krwi z Polaków. NIE MOŻEMY NA TO POZWOLIĆ! (dlatego może alternatywnie chcą nas wpakować w ukraińską wojnę z Rosją!).
Następny Marsz Niepodległości musi mieć zmienioną formułę ma Marsz Katolicko - Narodowy. Marsz ten musi być zorganizowany właśnie przez struktury alternatywne. Bacząc przy tym, aby tych żydowskich bandziorów, którzy wpuścili dziesiątki tysięcy Polaków w zasadzkę, odseparować od nowych struktur. Nas nie stać więcej na taki marsz jak tegoroczny, a tych bandziorów od organizacji obecnego marszu najlepiej oddać do prokuratury z zawiadomieniem o próbie popełnienia masowej zbrodni na Polakach. Ten marsz był niczym innym jak zamachem na życie tysięcy Polaków i tym bandziorom nie wolno tego puścić płazem. W zawiadomieniu do prokuratury nie wolno zapomnieć o przedstawicielach władz Miasta Warszawy i policji, którzy zezwolili wejść na most Poniatowskiego, lub powiedzmy ściśle - skierowaniu marszu w zasadzkę i to pod osłoną ciemności .
Polska suwerenna to Polska bez żydów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
15-XI_2014
+++
(+) Grzechy cudze
KKK 1868 Grzech jest czynem osobistym; co więcej, ponosimy odpowiedzialność za grzechy popełniane przez innych, gdy w nich współdziałamy:
– uczestnicząc w nich bezpośrednio i dobrowolnie;
– nakazując je, zalecając, pochwalając lub aprobując;
– nie wyjawiając ich lub nie przeszkadzając im, mimo że jesteśmy do tego zobowiązani;
– chroniąc tych, którzy popełniają zło.
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2017.09.24 22:27 dziadek1990 An old, super-crappy, unfinished pokemon fanfic from 2004/2005 that I fished out from one of my notebooks (Translated)

(Heh, nice difference of my writing skill between Then and Now...)
 
 
TRANSLATED (from Polish):
 
Another beautiful sunny day has greeted the Johto Region. Happily tweeting bird-pokemon heralded that such weather will be holding for the majority of the incoming summer, which certainly was advantageous for the teens towards whom the summer holidays were approaching with huge steps.
 
But for one person it was not making any difference; on the corner of two criss-crossing streets stood, leaning against a wall, a teen-aged boy with a full face, portly shoulders, and unnaturally expensive clothing.
 
Despite all these signs of wealth, which apparently he was dealing with since birth, he had an empty facial expression, and pretty dark eyes tearing out from under brown hair, though at this moment they didn't give off this impression, because even they weren't expressing any signs of happiness, but were merely staring sadly into the feet of their owner.
 
The said owner of all those features which are found only amongst the members of noble families was Maximilian, the descendant of an ancient house of Gatta, the only son of rich and influential pair of billionaires. Despite all that wealth, of which everyone could only dream, Maximilian de Gatta (or "Max" to friends, who he actually never had) was staring at space without a pause.
 
He never cried. He was afraid to damage his reputation amongst others, and this was the only immaterial – but real – thing that he owned.
 
Of love he could forget already, because his parents weren't very interested in raising a son, since there was in life so much enjoyment in the form of money and popularity, but neither could he leave them, because again it was about damaging their reputation. However, when it was about friendship, he could also forget about it, because, even though kids from noble families could visit each other, the whole self-interest in own wealth and talks focused only on it ruined all the charm of a conversation, so Max didn't have much choice left.
 
When he got bored with standing, he walked away from the wall, still staring at the ground, and he went in the direction of the nearest pokemon store. He wasn't interested in duels, and because of frequently missed lessons he didn't know much about these creatures, but he needed a pet, somebody who even partially would replace him a friend.
 
After reaching the fairy-tale-level colorful displays he began, without hurry, watching them in detail.
 
Despite his frequent and systematical lack of presence in the Trainer School, the teachers weren't complaining about it; apparently his belonging to a noble family was sometimes useful, and the teachers who didn't want to anger his parents kept their mouths tightly shut, and lied, claiming that his parents have a perfect son.
 
The moment Max entered the store he saw that it was almost empty; there were merely two customers in it: a mother and a five-year-old child. Judging by their clothing, even they belonged amongst the rich folk, though Max could guess it even without that; this store belonged to one of the few luxurious, and Max sincerely doubted that an Average Mother would've allowed herself for a purchase of a pokemon for a child at all, much less in such a luxurious store – the pokemon were expensive even without that.
 
The moment a tiny bell (which informed of entrance of a new customer) rung, the host automatically glanced in the direction of the door, and after seeing Max in his wealthy clothing which suited the newest fashion and his healthy dark hair, he immediately beamed, and after handling he invited Max with an artificial smile towards the shelves, because he knew that another opportunity to fill his own wallet has just came.
 
Max, having enough of such treatment, simply ignored it, and (even before the man walked away from the counter) he was already right next to the shelves, observing the well-cared and clean creatures.
 
Quietly he was hurt by the fact that even the pokemon were raised in such a way that they treated every customer with respect bordering on worship.
 
After longer browsing of the shelves with cages in which every pokemon from a tiny Azurill through Growlithe up to a Ponyta with its own paddock. Literally every pokemon was giving you that seemingly honest (but despite that, a drilled-into and killed-into their tiny minds) worship.
 
Max was disgusted by this view. He knew that no creature situated in such circumstances like these pokemon, no creature with common sense would've wanted only one thing: to return to freedom.
 
Such pokemon also in no way would be fit for a pet, so Max turned his head around with distaste, and started looking for the others. The host apparently noticed it, because he asked in his awfully artificial polite voice:
"Did Sir make a choice?"
 
Max shivered at those words; he almost forgot that he was not alone here, and after a moment of silence he asked with a hope in his soul, that the salesman will understand what he means:
"Excuse me, but don't you have some.... uhhhh... OTHER pokemon?"
 
He stressed the word "OTHER" a bit, wanting to help the destroyed-by-cash mind of the man, but he, apparently taking it for an insult, said in a slightly less polite tone, besides that unfazed:
"You know... we have wonderful Eevee, just look, how sweet."
 
Deciding that this way he won't get anywhere, Max started penetrating the shop more accurately; honestly , all of his absences at school he spent on visiting such shops, but in every one of them so far he saw the same artificial smiles that weren't very different from each other. Glad that the useful-for-nothing-and-shining-his-smile-everywhere owner unstuck himself from him upon seeing a group of other customers – this time at Max's age, so about 15 years old.
 
The shop immediately filled with crowd noises, and Max got interested with the fact, that the majority of teenagers wasn't rich at all, but they still entered the shop without any hesitance – that fact however did not please the shop-keeper, and this time it wasn't easy for him to hide his displeasure, but it wasn't just that, because from the inside of the shop in a room that was behind the doors that were behind the counter a muffled growling could be heard, and suddenly this happened in a single moment:
 
The angry and panicked host shooed the crowd of surprised students out of the shop and the moment he slammed the door, and explosion happened – or at least that's how it seemed to max for the first few moments.
 
It turned out to be a pokemon, that escaped from the said room behind the counter. It was doing a total demolition in the store, and, having scared the other pokemon, it chased them into a corner and only then it stopped so you could see it more accurately.
 
The first fact that surprised Max was its size; this furry fellow was about half a meter tall. It was a fox with short beige-red fur, and despite its wildness had a beautiful coat which was included in its fringe and tails which it had... six!
 
Said animal after a slight calming down stopped being interested in demolition and headed for the front door when--
 
"GO! Blastoise!" Those words yelled the now-slightly-calmed-down shopkeeper, while holding in his stretched-out hand a small red-white metal ball, which at this very moment shone red and materialized before them a huge pokemon.
 
Blastoise, apparently bored with this event, without any ado fainted the fox with one accurate water-shot and then caught it into a second "pokeball" which he [the owner] had in his pocket – that's how the said ball was named.
 
Max was observing the whole scene speechless, and the moment things went quiet the host with his employees and pokemon took care of the repair and cleaning of the store, and saw Max standing near the devastated cages, whose denizens were still standing, afraid, in the corner.
 
"What are you doing here?! You saw that we're closing! Something could've happened to y--!"
"What was that pokemon?" Max interrupted him, having regained the control over his own tongue.
 
"What..? You'd better not be interested in it, you'd better leave this place before something happens to you."
– that was a totally different tone than the one which he heard before this incident, and even though the salesman wasn't being too polite now, Max valued his (so far not encountered by Max) honesty towards him, but under these circumstances it didn't matter much.
"I am fine, nothing's happened to me – the shelf has missed me by a hair's breadth," Max was calming him down, "Just tell me what kind of pokemon was that!"
"What's with this tone? Why the hell would I have to spill anything to such whipster whenever he has a whim!"
"Tell me!"
The owner was clearly furious, but he didn't care THAT much about keeping the pokemon's identity a secret, because after a moment he quieted down and mumbled something under his own nose, and said:
"Okay, whatever... If it weren't for that that you're nobility, I'd break your legs. That pokemon is a savage, just like every pokemon that ends up in this store... but eventually we succeed appeasing every one of them, however with THIS ONE we are having small problems."
"So why won't you release it? You could become bankrupt because of the damage caused by it, and by your behavior I can see that it is doing all of that systematically, I really don't underst--"
"But whipster, it is a VULPIX!" he interrupted him with a tone as if it was something obvious, "Even if this furry makes a bit of mischief here at first, WHEN it finally becomes well-behaved, we'll sell it and do you even know how much such a foxie is WORTH, how RARE it is??"
The salesman was talking in an excited whisper, "...such a rare pokemon will return us all those months of suffering and EVEN MORE! The gain will be worth at least 700% of our losses so far! We'll climb to the very top!"
 
The salesman finally yelled, so loudly that several employees looked, and he suddenly remembered himself and addressed Max with a clearly artificially-polite tone:
"And now Sir might kindly leave..."
But Max didn't move, he was thinking about the words said by the shopkeeper: 'The moment he'll be well-behaved, we'll sell it.''well-behaved' … no … he can't let that happen.
 
"I'm buying it!"
A silence occurred. The host so far kept encouraging Max to leave the devastated store, and when he said those words, the host became speechless.
"What... what are you buying?" the shop's owner apparently wasn't certain if he heard his words correctly, so Max repeated them with an even bigger finality:
"I'm buying it here and now. Just please tell me how much do I pay. The salesman still couldn't believe those words, and said something, this time a bit quieter, and with honest disbelief:
 
"You, you really want to buy it..."
"Of course!" Max informed him, "I do not require any training of that pokemon, I pay normally so it is an advantage to you guys, right?"
"And yes, and no."
"What?" Max became surprised, as he was preparing his wallet.
"When they see what a savage pokemon you recieved from us, they'll stop coming to me. They'll think we're selling a lousy commodity."
 
Max didn't react positively to the last several words, but he didn't give up.
"Oh, come on, I'll inform everybody that this is exactly the kind of pokemon that I wanted."
 
"But ask your parents for permission, everybody knows them, so you can't do any funny stuff and keep doing it in secret."
"So it means that you agree to this?"
"Well... yes."
 
Chapter II
"A friend"
Taking care of the Vulpix Issue went without any obstacles. The only problem however could be the attempt at taming it. To that goal Max went with a pokeball onto a meadow on the very edge of the Goldenrod City.
 
 
ORIGINAL LANGUAGE (Polish):
 
Kolejny piękny słoneczny poranek zaświtał nad Regionem Johto. Wesoło ćwierkające pokemony-ptaki zwiastowały że taka pogoda będzie się utrzymywała przez większość nadchodzącego lata, co z pewnością było na rękę młodzieży do której letnie wakacje zbliżały się wielkimi krokami. Ale jednej osobie nie sprawiało to różnicy; na rogu dwóch przecinających się ulic stał oparty o ścianę wsparty kilkunastoletni chłopiec o pełnej buzi, postawnych ramionach, i niezwykle drogim odzieniu. Pomimo tych wszystkich oznak przepychu, z którym widocznie miał do czynienia od urodzenia, miał on pusty wyraz twarzy i piękne ciemne oczy wydzierające spod brunatnych włosów, chociaż w tym momencie akurat nie robiły takiego wrażenia, bowiem i one nie wyrażały żadnych oznak radości, tylko wpatrywały się smutno w stopy swojego właściciela.
 
Owym właścicielem tych wszystkich cech spotykanych wyłącznie u członków rodziny szlacheckich był Maximilian, potomek starożytnego szlachetnego rodu Gatta, jedyny syn bogatej i wpływowej pary miliarderów. Pomimo tych wszystkich bogactw, o których każdy mógłby tylko śnić, Maximilian de Gatta, albo Max, dla przyjaciół, których tak na prawdę nigdy nie miał, patrzył bez przerwy w przestrzeń.
 
Nigdy nie płakał, bał się naruszyć swoją reputację wśród innych, a to była jedyna niematerialna, ale prawdziwa rzecz, jaką posiadał.
 
O miłości mógł już zapomnieć, bowiem jego rodziców nie bardzo interesowało wychowanie syna skoro miało się w życiu tyle przyjemności w postaci pieniędzy i popularności, ale nie mógł również ich opuścić, bowiem tu znowu chodziło o naruszenie ich reputacji.
 
Natomiast, jeżeli chodziło o przyjaźń to też mógłby sobie odpuścić, bowiem w prawdzie dzieciom rodzin szlacheckich można było się wzajemnie odwiedzać, ale zainteresowanie innych tylko na punkcie własnego bogactwa i rozmowy tylko w tym kierunku psuły cały urok, więc Maxowi nie zostało wiele do wyboru. Gdy tylko znudziło mu się stanie odszedł nadal zapatrzony w podłoże od muru i udał się w kierunku najbliższego sklepu z pokemonami. Nie interesowały go w prawdzie pojedynki, i z powodu często omijanych lekcji w ogóle niewiele wiedział o owych stworzeniach, ale potrzebował jakiegoś pupila, kogoś kto przynajmniej częściowo zastąpiłby mu przyjaciela. Po dotarciu do bajecznie kolorowych wystaw zaczął je dokładnie bez szczególnego pośpiechu przeglądać.
 
Pomimo częstych i systematycznych nieobecności w szkole trenerskiej, jakoś nauczyciele nie uskarżali się na to; widocznie jego przynależność do rodziny szlacheckiej czasami się przydaje i nauczyciele nie chcąc narazić się rodzicom nie puścili pary z ust i wciskali im kit, jakiego doskonałego mają synka. Gdy tylko Max wszedł do sklepu ujrzał, że jest prawie pusty; było w nim zaledwie dwoje klientów: matka i pięcioletnie dziecko, sądząc po strojach i oni należeli do bogatych ludzi, ale i bez tego by się domyślił; ten sklep należał do jednego z niewielu luksusowych i Max szczerze wątpiłby żeby przeciętna matka pozwoliła sobie na kupno pokemona dziecku w dodatku w tak luksusowym sklepie – pokemony i bez tego były drogie.
 
Gdy tylko zadzwonił dzwoneczek zwiastujący wejście kolejnego klienta gospodarz automatycznie zerknął w stronę drzwi, a ujrzawszy Maxa w jego bogatym stroju odpowiadającym najnowszej modzie i jego zdrowe ciemne włosy natychmiast się rozpromienił i po obsłużeniu kobiety zaprosił go sztucznym uśmiechem do półek, wiedział bowiem że nadchodzi kolejna okazja do wypchania sobie portfela. Max, mając dość takiego traktowania najzwyczajniej go ignorował i jeszcze zanim mężczyzna oddalił się od lady, był już przy pułkach obserwując zadbane i czyste stworki.
 
Po cichu dobijał go fakt, że nawet pokemony zostały wyhodowane tak, że każdego klienta obdarowywały szacunkiem graniczącym z czcią.
 
Po dłuższym wertowaniu półek z klatkami, w których każdy pokemon od malutkiego Azurilla poprzez Growthliego po Ponytę z własnym wybiegiem – dosłownie, każdy pokemon obdarowywał cię tym pozornie szczerym, ale mimo to wwierconym i zabitym w ich małych umysłach uwielbieniem.
 
Maxa brzydziło na sam ten widok, wiedział że żadna istota znajdująca się w takich okolicznościach jak te Pokemony żadna istota przy zdrowych zmysłach by pragnęła tylko jednego: wrócić na wolność. Taki pokemon także w żadnym wypadku nie nadawałby się na pupila, więc Max tylko odwrócił głowę z niechęcią i rozejrzał się za innymi. Gospodarz najwyraźniej to zauważył, bo zapytał swym obrzydliwie sztucznym uprzejmym głosem:
—Czy podjął już pan wybór?
 
Max drgnął na dźwięk jego słów; prawie zapomniał, że nie jest tu sam a po chwili milczenia zapytał z nadzieją w duchu, że sprzedawca zrozumie, o co mu chodzi:
—Przepraszam, ale czy nie ma pan jakichś... eee...INNYCH pokemonów?...
 
Na słowo "Innych" dał niewielki nacisk, chcąc dopomóc zniszczonemu przez gotówkę umysłowi mężczyzny, ale ten najwyraźniej uznając to za obrazę przemówił nieco mniej przymilnym tonem, ale nie dając się poza tym zbić z tropu:
—Wie pan... mamy wspaniałe Eevee, niech pan spojrzy, jakie słodkie.
 
Stwierdziwszy, że w ten sposób nigdzie nie dojdzie, Max zaczął dokładniej penetrować sklep; prawdę mówiąc wszystkie swe nieobecności w szkole spędzał na odwiedzaniu takich właśnie sklepów, ale w każdym spotykał do tej pory te same sztuczne uśmiechy nieróżniące się wiele od siebie. Rad, że do niczego nie przydatny i błyskający zewsząd uśmiechem właściciel się od niego odkleił ujrzawszy gromadkę kolejnych klientów -- tym razem w wieku Maxa, czyli ok. 15 lat.
 
Sklep od razu napełnił się gwarą a Maxa zainteresował fakt, że większość z młodzieży wcale nie była bogata, ale mimo to tutaj weszła bez żadnego wahania – ten fakt jednak nie zadowolił jednak sklepikarza i tym razem nie było mu łatwo ukryć niezadowolenia jednak tego było mało: bowiem z wnętrza sklepu w pokoju znajdującego się za drzwiami stojącymi za ladą zaczął dobiegać stłumiony warkot i nagle to się wydarzyło w jednej chwili: wściekły i spanikowany gospodarz wygonił tłumek zaskoczonych uczniów ze sklepu i gdy tylko zatrzasnął drzwi to nastąpił wybuch – tak przynajmniej się Maxowi przez pierwsze kilka chwil wydawało.
 
Okazało się, że to był pokemon, który uciekł z owego pomieszczenia za ladą; robił totalną demolkę w sklepie i przestraszywszy inne pokemony zapędził je w narożnik dopiero wtedy się zatrzymał i można się było mu dokładniej przyjrzeć: pierwszym faktem, jaki zaskoczył maxa był jego rozmiar: otóż owy futrzak miał około pół metra wzrostu, był to lis o krótkiej beżowo rudej sierści i pomimo tej swojej dzikości miał piękne długie futro wchodzące w skład jego grzywki i porastające jego ogony, których miał... sześć!
 
Owy zwierzak po nieznacznym uspokojeniu się przestał sie interesować demolką i zmierzał już ku drzwiom frontowym, gdy:
—Ruszaj! Blastoise! – te słowa wykrzyknął już nieco uspokojony sklepikarz, trzymając w wyciągniętej przed siebie dłoni małą czerwono-białą metalową kulę, która w jednym momencie zabłysła czerwienią i zmaterializowała przed nimi ogromnego pokemona.
 
Blastoise najwyraźniej znużony tym wydarzeniem bez ceregieli pozbawił lisa przytomności jednym celnym strzałem wodnym a następnie złapał go w drugiego pokeballa, którego trzymał w kieszeni, tak bowiem nazywała się owa kula. Całej tej scenie Max przyglądał się oniemiały a gdy tylko ucichło i gospodarz ze swymi pracownikami i pokemonami zajęli się naprawą i sprzątaniem sklepu, zauważyli Maxa stojącego przy zdewastowanych klatkach, których mieszkańcy nadal przestraszeni stali w kącie.
 
—Co tu robisz?! Przecież widziałeś, że zamykamy! Mogło ci się coś...!
—Co to za pokemon? – przerwał mu Max odzyskawszy w końcu władzę w języku.
—Co..? Lepiej by cię to nie interesowało, lepiej wyjdź z tąd zanim jeszcze coś ci się stanie — to był zupełnie inny ton niż ten, który słyszał przed owym incydentem, i mimo że sprzedawca nie był zbyt uprzejmy to max cenił u niego dawno niespotykaną szczerość do swej osoby, ale w tych okolicznościach niewiele to znaczyło.
—Nic mi nie jest – półka minęła mnie o włos – uspokajał go Max.
—Pan mi tylko powie, co to za pokemon!
—Co to za ton? Niby z jakiej beki miałbym takiemu smarkaczowi wygadać wszystko, na co go ochota najdzie..! —Niech pan mówi!
 
Właściciel był wyraźnie wściekły, ale nie zależało mu na ukrywaniu tożsamości owego pokemona, bo się po chwili uciszył mrucząc coś pod nosem i po chwili się odezwał:
—Dobra, a co mi tam... gdyby nie to, że jesteś ze szlachty to bym ci już połamał nogi. Ten pokemon to dzikus, jak każdy z początku pokemon, który trafia do tego sklepu, ale z czasem udaje się nam każdego udobruchać, chociaż z tym są małe problemy.
—To dlaczego go nie wypuścicie, przecież na zniszczeniach wywołanych przez niego możecie zbankrutować a widać po waszym zachowaniu że robi to systematycznie, naprawdę nie rozu...
—Ale smarkaczu to Vulpix — przerwał mu tonem jakby było to czymś oczywistym.
—Nawet jeżeli ten futrzak trochę tu napsoci to, gdy będzie już należycie wyhodowany, sprzedamy go a ty wiesz ile taki lisek jest wart, jaki jest rzadki?
sprzedawca mówił podnieconym szeptem –...tak rzadki pokemon odda nam te wszystkie miesiące cierpień z nawiązką, zysk będzie wart przynajmniej 700% dotychczasowych strat, wespniemy się na szczyty!
 
Krzyknął dobitnie sprzedawca tak głośno że kilka pracowników się obejrzało, lecz w net się opamiętał i zwrócił się do Maxa teraz wyraźnie celowo sztucznie-uprzejmym tonem:
—a teraz pan byłby łaskaw wyjść...
Lecz Max się nie ruszał, zastanawiał się nad wypowiedzianymi przez sklepikarza słowami: "Gdy tylko będzie należycie wychowany, sprzedamy go" ... "Należycie wychowany" ... nie... nie może do tego dopuścić...
 
—Kupuję go!
Nastąpiła cisza, gospodarz przez cały czas zachęcał Maxa do opuszczenia zdewastowanego sklepu, a gdy ten wypowiedział te słowa – oniemiał.
—Co... co kupujesz?.. —właściciel sklepu nie był najwyraźniej pewien że dobrze usłyszał jego słowa, więc Max powtórzył je jeszcze dobitniej:
—Kupuję go tu i teraz. Proszę mi tylko powiedzieć ile płacę.
Sprzedawca nadal nie mógł uwierzyć w te słowa i powiedział coś, tym razem nieco ciszej i ze szczerym niedowierzeniem:
 
—Ty, ty naprawdę chcesz go kupić...
—No jasne! — uświadomił mu Max — Nie wymagam tresowania tego pokemona, a płacę normalnie więc jest to wam na rękę, co?
—I tak, i nie.
—Co? — Zdziwił cię Max, szykując już portfel.
—Gdy zobaczą jakiego zdziczałego pokemona od nas dostałeś, przestaną do mnie przychodzić. Uznają że sprzedajemy lipny towar.
 
Max nie zareagował pozytywnie na kilka ostatnich słów, ale i nie dał za wygraną.
—No co ty, przecież poinformuję każdego że właśnie takiego pokemona chciałem.
—Ale zapytaj o pozwolenie swoich rodziców, każdy ich zna, więc nie masz co kombinować i robić z tego tajemnicy. —Czy to znaczy że pan się zgadza?
—No... tak.
 
Rozdział II
"Przyjaciel"
 
Załatwienie sprawy z Vulpixem obeszło się bez żadnych przeszkód, jedynym problemem jednak mogła stanowić próba oswojenia go. W tym celu Max udał się z pokebalem na polanę na samym skraju miasta Goldenrod.
 
submitted by dziadek1990 to dziadek1990 [link] [comments]


2016.12.21 13:07 ben13022 Jan Miodek o miłości i kochaniu.

Atrakcyjnie mówiący mężczyzna działa na kobiety. Ładna mowa może być afrodyzjakiem. Nawet, powiem nieskromnie, gdy rozprawia się o jerach, rzeczownikach i przymiotnikach.
Dorota Wodecka: Jak mężczyzna mówi, że kocha?
Prof. Jan Miodek: A wie pani, co to znaczy?
Przeczuwam.
Czyli w kobiecie etymologicznie jest już wpisany aspekt kochania, dotykania. I to też jest bardzo piękne. Nie dziwi mnie więc, że w relacji kobieta-mężczyzna to ona jest zawsze uczuciowo pełniejsza. Przejawia się to na ogół w całkowitym oddaniu się małżeństwu, macierzyństwu, a i pracy zawodowej też. Mężczyźni chyba mają w sobie więcej swoistej rezerwy na jeszcze jakieś swoje przyjemności, pasje, luzy szeroko pojęte. W nas dotyk, a w was?
Dwa światy. Ale to się cudownie dialektycznie dopełnia. Bo im dłużej żyję, tym bardziej jestem pewny, że istotą świata jest dopełnianie się przeciwieństw. A kobieta i mężczyzna to najważniejsze i w gruncie rzeczy najurokliwsze dopełniające się przeciwieństwo ze wszystkich uroków tego świata. Jesteśmy etymologicznym dopełnieniem kochania, a mężczyźni mówią o nas "dupy", "laski" i jeszcze dosadniej. Przyzna pan, że niepięknie.
Ta, w której się zakochujecie od pierwszego wejrzenia?
A pan często mówi żonie, że jest gryfno albo że pan ją kocha?
Skąd wie, jak pan nie mówi?
Co jest piękne?
Pan się wzruszył.
Co jest istotą waszych przeciwieństw?
Skąd pan wiedział, że to ona?
I czego się pan nauczył dzięki niej?
Wspominacie wasze pierwsze spotkanie?
Pewnie pięknie się wysławia.
Przeklinamy?
Czy mowa może być afrodyzjakiem?
Nie tylko mówiąc o miłości?
Czy Polacy ładnie mówią o miłości?
A najpiękniejsze słowo miłości?
źródło: http://wyborcza.pl/1,76842,7483062,Miodek__jo_ci_przaja.html#ixzz4TTQX9glS
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]